
Czasem jest taka potrzeba kiedy chcemy zrobić coś dla siebie i od siebie. Wyrazić emocje i to czego rozum i serce nie jest w stanie pojąć.
Trwam dzielnie przy wielkopostnych postanowieniach i choć nie jest łatwo bo stale muszę się pilnować to jednak czuję, że warto. Odświeżyłam galerię zdjęć na ścianie. Zawisły nowe fotografie na które lubię patrzeć. Zawisła też nowa kompozycja obrazów Anioła i jedno zdjęcie "z klimatem" które przypomina mi, że życie nie składa się z prostych białych ścieżek. To wszystko cieszy moje oczy i widocznie było mi to potrzebne. Moja podświadomość po ponad miesięcznej przerwie znów sięga po papierosa i nie umiem już z nią rozmawiać na ten temat bo przestała mnie słuchać. Widocznie jest jej to potrzebne. Wyszłam dziś z psem na spacer i stanęłam pod drzewem. Zapaliłam papierosa, oparłam się i patrzyłam na Teatr. Miałam gdzieś czy ktoś przechodzi obok i spogląda na mnie jak na wariatkę. Po prostu chciałam postać sobie pod drzewem bo było mi to potrzebne.
Czas jest pojęciem względnym więc nie wpływa na uczucia bo prawdziwe nie zmieniają się z upływem lat. Jak na przykład uczucia Ojca względem córki. Ojca, którego nigdy nie było, z którym nigdy nie było dane mi mieszkać. Rodzice rozwiedli się gdy miałam półtora roku, Tatę poznałam 11 lat później. Nie było mi dane poczuć bliskości tego pierwszego i najważniejszego mężczyzny w życiu, który będzie autorytetem, wytłumaczy, wskaże drogę, wytrze łzy gdy pierwszy raz wali się świat, pocieszy, przytuli, pokocha. Przez wszystkie lata, kiedy pokonywałam dzielące nas kilometry wydawało mi się, że tak fajnie jest mieć Tatę. To nic, że na odległość i że widzimy się trzy razy w roku i ze jest fajnie przez kilka dni i jest tak jak gdyby nigdy nic. Ważne, że on jest i to tylko kwestia czasu zanim dowiem się i poczuję te wszystkie rzeczy, o których marzyłam będąc dzieckiem.
Czas jest pojęciem względnym... Przez te odzyskane lata znam na pamięć historię rozwodu i barbarzyństwa mojej rodziny względem Ojca. Zam na pamięć historię, którą mi opowiadał, że gdy byłyśmy z siostrą małe on przychodził pod kamienicę dziadków i machał nam siedzącym na balkonie, bo jak twierdzi nikt nie chciał go wpuścić do domu a dziadek wzywał Milicję. Nigdy jednak nie dodał, że stał pod tym balkonem pijany puszczając "bluzgi" na każdego z mojej rodziny. Byłam za mała aby to pamiętać. Mama nigdy nie chciała rozmawiać dlaczego stało się tak a nie inaczej. Pamiętam tylko jak kiedyś powiedziała, że nie był dla niej dobry, ale złego słowa o nim nie powiedziała. Wychowała nas sama i nigdy nie ułożyła sobie życia na nowo bojąc się, że obcy mężczyzna mógłby zrobić nam krzywdę kiedy ona będzie w pracy. Ojciec dopiero niedawno zdecydował się na następny - już trzeci rozwód. Od kilkunastu lat ma inna kobietę.
Przez ten czas kiedy mógł -zrobił tak niewiele. Ostatnio dowiedziałam się, że on tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy co spotkało mnie i siostrę bo w całej sytuacji widzi tylko własną tragedie i to on jest ofiarą. Nie rozumie, że fundamentem kobiet w związkach z mężczyzną jest właściwa relacja z Ojcem. Nie obchodzi go dlaczego ciągle jestem sama. Dlaczego wybieram w życiu tak a nie inaczej i czy czuję do niego żal, bo nigdy nie dał mi prezentu na urodziny.
Zastanawiam się czy jest jeszcze dla nas szansa. Czy jest możliwe, aby tylko jego punkt widzenia przysłaniał to o czym powinniśmy porozmawiać. Dla uzdrowienia serca -właśnie to jest mi potrzebne.